NEVER ENDING STORY: o willi Szembeków i złamanym sercu

NEVER ENDING STORY:  o willi Szembeków i złamanym sercu

Ci, którzy dobrze mnie znają, wiedzą, że coś się zmieniło. Sama czuję, że od początku roku jest inaczej. Niby jestem z Wami a czuję, jakby mnie nie było. Wpisy, które ukazywały się z zaskakująca regularnością, teraz publikowane są z większą przypadkowością. Zwykle w poniedziałek rano na blogu mogliście przeczytać nowy, dopracowany materiał.

Co zatem się dzieje? Jestem trochę rozdarta pomiędzy tym co uwielbiam robić – czyli pisaniem bloga – a emocjonalnie wyczerpującymi poszukiwaniami naszych wymarzonych czterech kątów.

Całe weekendy od początku stycznia upływają nam na poszukiwaniach domu. Starego domu. I uwierzcie mi, nie jest łatwo. Dopiero teraz o miesiącu poszukiwań mogę konkretnie określić, czego potrzebujemy i nasze kryteria mocno się zawęziły.

Dotychczas jedyne, co nas ograniczało to: budżet i wiek nieruchomości. Teraz doszły do tego jeszcze dwa kryteria: metraż i to, czy dom jest zamieszkały czy nie. O kryteriach, jakie powinna spełniać nasza nieruchomość i o tym, dlaczego tak trudno wyjaśnić innym, o co mi/nam naprawdę chodzi, napiszę wkrótce, bo uwierzcie mi, to temat na osobny post. Czasami, po prostu, czuję się jakbym była z Marsa a wszyscy mnie otaczający z Ziemi. W sumie tak do końca nie wiem, czy mój mąż mnie rozumie, bo ostatnio rzucił nerwowo: Weź Ty się zastanów, czego ty dokładnie chcesz? Życzliwi znajomi ostrzegają, że wiele rozwodów, to właśnie efekt poszukiwania domu, więc mamy trzymać wspólny front i nie dać się zwariować. Na razie mąż cierpliwie znosi poszukiwania starego domu, zgadza się na stary dom, ale taki, który spełnia też jego warunki. I to jest uczciwe. I warto o tym pamiętać, kiedy coś bardzo nam się podoba a druga połówka mówi: nie. Staram się to robić, naprawdę się staram, ale czasem sięgam po broń ostateczną: moje kobiece sztuczki, aby przekonać go do czegoś. Niedługo Wam napiszę, jak różne mamy podejście do zakupu nieruchomości.

Zakup starej nieruchomości to, zdecydowanie, temat rzeka.

Każdego dnia uczymy się czegoś nowego.

Czy wpadać w panikę na widok trzciny wystającej ze ściany lub, co gorsza, sufitu?

Czy kupować mały domek i myśleć o rozbudowie? Jakie są koszty rozbudowy starego domu? etc.

Ale po kolei. Może też stajecie przed decyzją o kupnie nieruchomości i zastanawiacie się, jak się do tego zabrać.

Zacznijmy od tego „jak szukać?”

Kiedy rozmawiałam z Michałem z bloga mr. Vintage nasza rozmowa tutaj – klik),  mówił on o tym, żeby próbować popytać w okolicy i starać się szukać na własną rękę:

Michał, a od czego zacząć poszukiwania takiego domu?

Przede wszystkim od wytypowania miejsca, w którym chcemy zamieszkać. Nie musi to być dokładne wskazanie miejscowości czy wsi, ale trzeba wyznaczyć jakiś obszar, który nas interesuje i zawęzi poszukiwania.
Ważne są też oczywiście inne kryteria: budżet, rodzaj (drewniany czy murowany) i stan budynku, powierzchnia. To na początek wystarczy, by zrobić selekcję i zacząć poszukiwania.

Jeśli mamy jakiś upatrzony teren poszukiwań, ma to sens. Jeśli jednak nasze oczekiwania, co do lokalizacji są bardzo szerokie, bo szukamy od Grodziska Mazowieckiego, Pruszkowa, Milanówka poprzez Brwinów, Podkowę Leśną, Komorów oraz Piastów, Rembertów, Wawer aż do samego Otwocka etc., to poszukiwania na własną rękę nie przynoszą większego efektu. W zasadzie interesuje nas teren w odległości ok. 25 km od Warszawy. Ostatnio poświęciliśmy trochę czasu na poszukiwania domów z szyldem „sprzedam bezpośrednio”. I wiecie, co się okazało? Wszystkie stare nieruchomości, które nam się podobały wizualnie i nie trafiły na rynek poprzez agencję nieruchomości, kosztowały powyżej 1,5 mln złotych.

Dlatego poszczególne terytoria postanowiliśmy przeszukać z agencją nieruchomości. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy. Plusem jest na pewno to, że agent przeprowadza z nami rozmowę i zna nasze oczekiwania, które notabene w trakcie poszukiwań, znacząco się zmieniają. Dostarcza nam oferty, które mogą nam się spodobać. Minusem jest niestety prowizja. Podczas pierwszego spotkania podpisujemy umowę, która zobowiązuje nas, mniej więcej, do tego, że pokazane nam nieruchomości kupujemy za pośrednictwem agencji a nie na własną rękę.

Zastanawialiście się może, podczas poszukiwania domu, dlaczego w ogłoszeniach nie ma zdjęcia budynku z zewnątrz?

Po pierwsze dlatego, że znajdą się tacy, którzy przejrzą cały przybliżony teren nieruchomości za pomocą google map czy street view. Skontaktują się z właścicielem i umówią się na spotkanie, aby tylko nie dać się wykorzystać agencji nieruchomości.

Po drugie, właściciele udając się do agencji mają umówione spotkania z potencjalnymi kupcami a nie przypadkowymi, nieznanymi ludźmi, których nikt nie wylegitymował z dokumentów a mogą mieć coś w kartotece (podczas podpisywania umowy agent porównuje dane z umowy z danymi na dokumencie tożsamości).

O jakich kwotach mówimy? Czy rzeczywiście trzeba uciekać przed tymi opłatami?

Stawki agencji to oczywiście zbrodnia dla naszego budżetu. Różne nieruchomości mają oczywiście rożne stawki od 2-3% wartości nieruchomości. My trafiliśmy na taką, w której stawka za pomoc w zakupie nieruchomości wynosi 2,9%. To bardzo dużo, ale z drugiej strony ta prowizja opłaca miesiące pracy agenta, który pokazuje nam kolejne nieruchomości oraz dodatkowe usługi, jak np. konsultacje z doradcą finansowym.

Załóżmy, że kupimy nieruchomość za 500 tys. zł to prowizja biura wynosi 17 835 

do tego dochodzą:

podatek od zakupu nieruchomości – 10 tys zł

opłata notarialna: 3 407,10 zł

wpis własności w księgę wieczystą 200 zł

podatek od czynności cywilno-prawnych od ustanowienia hipoteki: 500 zł

RAZEM do kwoty 500 tys. zł musimy doliczyć okrągłą sumkę: 32 161,10 zł. Sporo, prawda?

Oczywiście wszystko jak najbardziej rozumiem. Prowizja to normalna rzecz a agent nieruchomości też człowiek, musi zarobić. Czemu tylko koszty opłacenia agencji nie są po stronie sprzedającego? W Polsce płaci i kupujący i sprzedający.

Nie wspominam o tym przypadkowo. W trakcie naszych poszukiwań trafiliśmy na rożnych agentów, w różnych biurach. Któryś z nich może sprzeda nam dom a inni wykonują swoją pracę bez żadnego wynagrodzenia z naszej strony. Szanse, że uda nam się kupić nieruchomość bez pośrednictwa agencji są bardzo niewielkie. Chyba, że znamy dobrze okolice, zawęzimy obszar poszukiwań lub ktoś szepnie nam słówko.  Najlepiej popytać znajomych mieszkających w okolicy i rozpuścić wici.

Jak wygląda spotkanie z agentem nieruchomości?

Zaczyna się bardzo niewinnie. Na portalu z ogłoszeniami o sprzedaży nieruchomości znajdujemy dom, który nam się podoba. Wysyłamy zapytanie a niedługo po tym, kontaktuje się z nami agencja. Umawiamy się na spotkanie. Na pierwszy ogień idzie wspomniana wcześniej umowa, rzecz bez której nie mamy możliwości pójść dalej. Po przeczytaniu umowy i podpisaniu, chwila rozmowy o naszych preferencjach. Jeśli już podczas kontaktu telefonicznego nakreśliliśmy nasze oczekiwania, to po przyjściu do agencji czekają na nas oferty domów, które spełniają nasze oczekiwania.

Bardzo ważne jet określenie nieprzekraczalnego budżetu.

To jest podstawowa kwestia. Przekonałam się o tym dobitnie, kiedy agent pokazał nam dom, który bardzo nam się podobał i spełniał wszystkie nasze oczekiwania, oprócz jednego – był dla nas niedostępny finansowo. Dla mnie był to ogromny zawód. Do tego stopnia, że zastanawiam się czy kontynuować poszukiwania domu.

Popatrzcie na te dwie nieruchomości, jakie pokazał nam agent jeszcze w styczniu. Obie są dla nas zupełnie nieodpowiednie.

To stara, zrujnowana willa z 1900 roku.

Nieruchomość miała ponad 500 metrów kwadratowych. Dla nas za dużo.

Kosztowała 700 tys. złotych, czyli bardzo dużo.

Miała zarwane stropy, wszytko nadawało się do remontu. Aby ją doprowadzić do stanu używalności potrzebowalibyśmy tylko 1,4 mln złotych. No dom jak dla nas! Pewnie jeszcze długo się nie sprzeda, bo osoby, które mają taki majątek zniechęca fakt, ze w czasach Komuny z działki wydzielono, na podstawie jakiegoś dziwnego prawa kawałek ziemi. Dzięki czemu działka jest zupełnie nieforemna.

Nie sądzę, żeby ktoś chciał kupić taką nieruchomość, szczególnie, że na „ukradzionym” terenie jest teraz przedszkole (z ciekawości, czy ktoś się orientuje jak przez zasiedzenie, właściciele działki obok mogli dokonać takiego numeru?). Trzeba potraktować taką wycieczkę czysto historycznie. Dzięki temu poznałam wspaniałą historię Szembeków.

Co ciekawa, kiedy byłam mała, moja babcia mieszkała przy placu Szembeka. Jeśli lubicie stare nieruchomości, pewnie też czujecie żal w sercu, że mogą tak niszczeć.

Nad drugą nieruchomością debatowaliśmy przez dobre 3 tygodnie. Najpierw płakałam w poduszkę, że jest dla mnie za droga. Potem cena spadła z 700 tys. do 560 tys., ale ja już się z niej wyleczyłam. Ogromna zasługa Oli Munzar, która wykazała się ogromną cierpliwością i moim głosem rozsądku, dając mi jako takie pojęcie o kosztach, jakie nas czekają.

Początkowo chcieliśmy oglądać domy z lat 30, do częściowego remontu, w cenie 500 tys. zł. Naszym błędem było nie ustalenie powierzchni minimalnej, przez co agent pokazał nam malutki dom na ogromnej działce, która podbijała cenę nieruchomości do niebotycznych rozmiarów.

Pojechaliśmy tam raz, pojechaliśmy drugi. Konsultowaliśmy z Olą i w końcu stwierdziliśmy, że choćbyśmy bardzo się starali nie damy sobie rady z dwójką dzieci na powierzchni 100-120 metrów. Dla nas byłaby to żadna zmiana. Z ciasnoty ładowalibyśmy się w ciasnotę i kredyt na 35 lat.

Dom oczywiście miał wiele zalet. Był bardzo ciepły i mogłabym z niego nie wychodzić. Dobre fluidy, piękne drewniane schody i podłogi, przeszklona weranda oraz bajeczny ogród o powierzchni 3,5 tys. m to główne jego atuty.

Historia tej nieruchomości jest również bardzo ciekawa, bo podczas wojny w ścianach mieszkało kilku Żydów, w tym przyszła żona poprzedniego właściciela tej nieruchomości.

Z oglądania tej nieruchomości wyciągnęliśmy kilka lekcji:

  • po pierwsze, musimy mieć ustaloną powierzchnię minimalną nieruchomości jaka nas interesuje, bo rozbudowa takiego starego domu wcale nie jest łatwa i na pewno jest bardzo kosztowna, da się oczywiście zrobić wszystko, ale za jaką cenę.
  • cena nieruchomości będącej długo na rynku może ulec ogromnej zmianie i ceny windują agencje i właściciele, którzy drogo wyceniają swoje nieruchomości, ta nieruchomość była początkowo wystawiona za 900 tys., kiedy ją oglądaliśmy była warta 700 tys. a teraz jest w cenie 560 tys.
  • sama informacja, że coś jest z lat 30 nie czyni od razu nieruchomości zabytkiem, a w tym domu brakowało elementów oddających klimat z tamtych lat

Poszukiwania starego domu mogę przyrównać do poszukiwania pierwszej miłości. Czuję się jak pensjonarka, która właśnie szuka tego jedynego i wielokrotnie mdleje z wrażenia i myśli o planach na przyszłość, lecz pierwsze zauroczenie szybko przemija i znów do głowy wraca rozsądek.

Tym razem się nie udało. Jednak pełna emocji poszukuje dalej.


Niepublikowane materiały pliki do pobrania, nowości. Bez spamu!
* required
Udostępnij

  • V. Daniela Pastwa

    Kasiu, bardzo ważne – dla Ciebie (Was) – jest poszukiwanie swojego wymarzonego domu. Trochę z innej strony – jako osoba mająca taki dom – chcę dodać kilka słów. Miłość do naszego domu wyssał z mlekiem matki mój mąż. Rodzice kupili ten dom, gdy mój mąż miał kilka miesięcy. On kocha ten dom, bez względu na wszystkie jego wady. Ponieważ pokochałam go razem z przyległościami stałam się współwłaścicielką domu i wszelkich uczuć do owego. Dom ma ok. 120 lat i nie jest duży, powstał jako rodzaj biednego budownictwa robotniczego, choć ma tyle lat nie jest zabytkiem – był zbyt przerobiony by pozostać w rejestrach budynków objętych opieką konserwatorską. Nasz dom to skarbonka bez dna, gdybyśmy przeznaczali środki wydane przez ponad 30 lat na jego naprawianie, z pewnością mielibyśmy coś większego i lepiej wyposażonego. Całe nasze mieszkanie tu, zakładanie naszej rodziny, wychowanie dzieci – w tle z wiecznymi modernizacjami. Chcę tu powiedzieć, że miłość jest ślepa. Jeśli się coś pokocha, to brnie się dalej i nie ma odwrotu. W naszym domu niechętnie podejmą pracę „fachowcy”, bo albo są zbyt drodzy, albo wola nie tykać się czegoś, co w każdym kątku może mieć problem. Nie poddawaliśmy się i najwięcej pracy wykonaliśmy sami, zmuszeni sytuacją do tego, by być specem od wszystkiego. Skutki były różne – lata doskonalenia wpływają na to, że potrafimy coraz więcej i dom staje się coraz lepszy – ciągle jeszcze mamy coś do zrobienia. Dzieci już wyszły z domu, mają swoje – a my dalej rzeźbimy swoje gniazdko. Gdyby ktoś zapytał czy żałujemy – odpowiedzielibyśmy zgodnie – w żadnym razie! Czasem tylko przemknie mi przez myśl taki pomysł, jakby to było być taką księżniczką przystosowaną do splendoru i wygód? To jednak rzadko i krótko. Takich zapaleńców ratuje tylko miłość do domu czyli taka Twoja „never ending story”. Życząc wytrwałości trzymam kciuki i wspieram Cię mentalnie.

  • Stare domy przedwojenne maja na pewno dusze. Ja w tym roku zamierzam kupic nowe mieszkanie. Dom szczególnie z historia to skarbonka.

  • Haha sama pamiętam jak szukaliśmy tak domu z map google:) Ale ile wycieczek zaliczonych:)

  • Życzę wytrwałości! Mam nadzieję, że już niedługo wejdziecie do domu i od razu z wejścia powiecie „tak!” 🙂

    BTW. Tak samo jak znaleźć i kupić nowy-stary dom, ciężko jest go sprzedać, coś o tym wiem.

  • Mam nadzieję że chociaż trafiliście na dobrych agentów nieruchomości. Zraziłam się bardzo, jak kupowaliśmy mieszkanie. Mieliśmy zapłacić 10tys. prowizji komuś, kto nie potrafił odpowiedzieć na najbardziej podstawowe pytania o nieruchomości. I niestety to nie była jedna osoba, a kilka, w różnych mieszkaniach… ostatecznie kupiliśmy na własną rękę. Agent powinien jednak mieć jakąś odpowiedzialność za to co sprzedaje, wtedy prowizja byłaby jakimś zabezpieczeniem dla kupującego

  • Życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach 🙂 Nie jest lekko, ale może akurat gdzieś coś… 🙂

  • Życzę ponownie powodzenia. Wiem, że w końcu coś znajdziecie dla siebie 🙂 Będzie to cudowny dom! 🙂

  • Małgosia Lepa

    Życzę powodzenia. Jednak wszystko zależy od perspektywy. Dla mnie 120 m2 na 4 osoby to olbrzymia powierzchnia a ty piszesz że to ciasnota.

    • conchita

      Małgosiu mi też się wydawało że 120 metrów to super powierzchnia, ale w niektórych domach, szczególnie tych starych naprawdę tego nie widać. Schody, korytarze i pełno przestrzeni niewykorzystanej a my mamy brać kredyt na 30 lat i znów mieć problem ze spaniem, bo dwa pokoje zajmują dzieci a trzeciego nie ma. Chodzi nam o to, że jak już mamy się męczyć z kredytem to przynajmniej niech nam się poprawi sytuacja mieszkaniowa. 120 metrowy dom a nasze mieszkanie 60 metrowe wydawało się bardziej funkcjonalne. Nawet łazienkę mamy większa i dodatkowo toaletę a tam była jedna i do tego mała. Także naprawdę Małgosiu ja nie grymaszę po prostu inaczej projektuje się teraz a inaczej w latach 30. Myślę że gdybym sama projektowała dom od 0 to zrobiłabym go tak funkcjonalny, że 120 metrów na 100% by nam wystarczyło!

      • Małgosia Lepa

        O matko. To beznadzieja z tą przestrzenią.