Magia wokół nas. Nasza sesja z brzuszkiem

Magia wokół nas. Nasza sesja z brzuszkiem

Odrobina magii zawsze jest wokół nas. Trzeba tylko umieć ją dostrzec. I ta drobna cząstka magii wynagradza nam całe zło, jakie nas spotyka, a przynajmniej większą jego cześć.

Dziś zapraszam Was do naszego domu, do naszej rodziny.

Odrobina prywatności, intymności, jaka jeszcze nigdy nie pojawiała się na blogu. A wszystko za sprawą wspaniałej sesji z brzuszkiem zrobionej przez Natalie Kapsa. Długo szukałam odpowiedniego fotografa i znalazłam chyba setkę przepięknych profili na Instagramie z równie pięknymi zdjęciami z sesji brzuszkowych, czy noworodkowych, ale to zdjęcia Natalii do mnie przemówiły. To w nich znalazłam to ciut więcej niż dobre światło technikę, czy zmysł do dopieranie kadrów. Ogromną wrażliwość i cząstkę magii.

Nigdy wcześniej nie mieliśmy sesji brzuszkowych“. To nasz pierwszy raz. W poprzednich ciążach nawet nam się to nie śniło. Jedno dziecko przyszło na świat w niedalekim odstępie od drugiego, mieszkaliśmy w małym mieszkanku i ciągle na coś brakowało nam pieniędzy. Środki przesuwane z jednego konta na drugie łatały ciągle to powstająca dziurę budżetową. Obie poprzednie ciąże, to były ciąże low budget, choć mieliśmy wszystko, czego nam potrzeba a po prostu nasze potrzeby, jak i nasze mieszkanie były znacznie mniejsze niż obecnie. Korzystaliśmy ze wsparcia rodziny, dostawaliśmy przepiękne ubranka po starszych dzieciach. Wózek kupiliśmy używany, podobnie jak wanienkę, przewijak, a także stare krzesełko do karmienia, które poddałam renowacji. Czy czegoś więcej było nam potrzeba? Nie! Tak się akurat złożyło, że w zasadzie w jednym momencie w rodzinie urodziła się trójka dzieci. W odstępach co ok. 3 miesiące. Fajnie było wspólnie się wspierać, pomagać sobie i przezywać pierwsze chwile w macierzyństwie.

Kiedy zdecydowaliśmy się na trzecie dziecko, to była w pełni przemyślana decyzja. Jak to się mówi, zegar w moim przypadku tykał nieubłaganie i decyzja była prosta: albo teraz, albo nigdy. Śmiejemy się, że nasze dziecko, to mój prezent na 10 rocznicę ślubu. Bardzo się cieszę, że zdecydowaliśmy się wyjść z naszej strefy komfortu i znów, po dłuższej przerwie wpakować się w nocne wstawanie i pieluchy. Zresztą cały 2018 rok uważam za rok trudnych decyzji: walczymy z przedłużającym się remontem, zwolniłam się ostatecznie z pracy, porzucając bezpieczną przystań, do której zawsze mogłam wrócić, zdecydowaliśmy się na 3 dziecko!

Bałam się tej ciąży. Bałam się zwolnić tempo w ładnie rozwijającej się firmie i bałam się tego, jak przebiega ciąża u kobiet bliżej 40. I choć powiem, że początki nie były proste, to pod koniec mam w sobie jakaś moc i ogromną energię. Śmieje się, że to syn daje mi tę siłę.

W pierwszym trymestrze wstawałam o 4.30 i kładłam się punkt 20. Nie było opcji na życie rodzinne. Dzieci po przedszkolu widziały mnie może góra godzinę. Wieczorem oprócz zmęczenia przychodziła ogromna wrażliwość na zapachy i mdliło mnie nawet od zapachu dania, które godzinę wcześniej pochłaniałem ze smakiem. Wtedy dosadnie przekonałam się, że ciąża w okolicy 30, czy wcześniej to zupełnie inna ciąża, niż 35+. Inaczej przyjmuje ją nasze ciało, inaczej się do niej przystosowuje. Niemniej od 2 trymestru wróciłam na właściwe tory!

Cieszymy się ogromnie, że nasza rodzina wkrótce się powiększy. A kadry zrobione przez Natalię uzmysłowiły mi jak wielkie szczęście mamy mając siebie nawzajem! W codziennej gonitwie zapominamy, jakie to szczęście być zdrowym i mieć wspaniałą rodzinę. Mamy mądre i kochane dzieci, które pięknie nam rosną. Jest za co dziękować Bogu!

Na koniec mam do Was prośbę. Nasz trzeci poród, podobnie jak dwa poprzednie odbędzie się (o ile los pozwoli) w szpitalu Bielańskim. Lubię ten szpital, czuję się tam bezpiecznie, pomimo wszystkich minusów, jakie ma państwowa służba zdrowia. Przez lata poznałam trochę personel tam pracujący. Wiem, że są tam wspaniałe położne i lekarze z powołaniem, choć równie dobrze można trafić na czarne owce. Jak wszędzie. Niedawno dowiedziałam się, że pewna lekarka – pediatra, która przez lata pomagała wielu wcześniakom, samotna matka, dowiedziała się właśnie, że ma raka!

Kilka dni temu dowiedziałam się, że rozwija się we mnie śmiertelna choroba. To jest tym bardziej straszne, że mam małego synka, który ma dopiero 8 lat… Jestem samotną mamą i boję się, że moje dziecko mnie straci. Największy stopień złośliwości, złe rokowania, jednak sytuacja nie jest beznadziejna! Nie mam jeszcze przerzutów, więc jeśli na czas zacznę leczenie, mam szansę! Niestety, w moim przypadku NFZ go nie refunduję, dlatego proszę o pomoc…

Nie wyobrażam sobie, jak bardzo boi się ta mama. Nie o siebie a o syna. Osiem lat to przecież tak niewiele. Jeśli Was też poruszyła ta historia, zostawiam Wam link do strony Siępomaga, gdzie udało się już zebrać ponad połowę kwoty na leczenie pani Agaty!

https://www.siepomaga.pl/agata-bojdo

Photo: FOTOGRAFIA Natalia Kapsa

Udostępnij