STARY DOM: Przeprowadziliśmy się !

STARY DOM: Przeprowadziliśmy się !

Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Zupełnie. Wszystko, co wydarzyło się w tym tygodniu, było następstwem niefortunnych wypadków. Nie planowaliśmy się jeszcze przeprowadzić. Chcieliśmy poczekać jak pokój dzieci lub kuchnia będą gotowe. Wszystko, miało udać, się zrealizować w sierpniu. Miałam plan opracowany w najdrobniejszych szczegółach. Najpierw glazura, która miała przyjść na dzień przed umówionym glazurnikiem. Ryzykowne? Wiem. Następnie montaż szafek i oczekiwanie na AGD, które powinno być dostarczone w połowie sierpnia. A potem błogi relaks na tarasie … tak miało być. Życie napisało jednak inny scenariusz. Bardziej drastyczny. Bardziej bolesny dla matki, bardziej realny. Zaczęło się jak zwykle w poniedziałek. Szybki telefon od firmy montującej blaty:

Pani Kasiu, nie uda się nam zrealizować pani zamówienia w sierpniu. Zaczniemy montaż najwcześniej na początku września. Sezon urlopowy.

Ok rozumiem. Sezon urlopowy zaskakuje fachowców, jak zima drogowców. Wszystko jasne. Ja jednak dość późno złożyłam zamówienie, więc nie pozostało mi nic innego, jak skinąć głową. Pomyślałam jednak, że lato minie, a my nie skorzystamy z uroków ogrodu. Nie będzie nam dane cieszyć się słońcem, biesiadować w ogrodzie, czy bawić się na pospiesznie zorganizowanym placu zabaw. Nie no, nie tak miało być! Oczywiście jak to zwykle u mnie bywa, szybko wpadłam na pomysł, że może jednak jakoś uda nam się zamieszkać tutaj w miarę szybko.

Oprócz upływającego lata jeszcze jedna rzecz motywowała mnie do zmian. W środę miał przyjść glazurnik. A dojazd do naszego domu w okresie 16 lipiec – 1 wrzesień został totalnie skopany. Z 50 minut, w które bez problemu pokonywaliśmy jednym pociągiem, odcinek dom-Warszawa, wydłużył się do 2 godzin pokonywanych: pociągiem, autobusem, komunikacją podmiejską, ponownie pociągiem. Istna masakra. Nie dałabym rady codziennie z dwójką dzieci tak gnać na budowę.

Trzeba było coś temu zaradzić. Szybko wyszukałam na Olx hasło „mała lodówka” i w ciągu minuty ukazało mi się ogłoszenie dodane dosłownie 5 minut temu. Podobnie jak to było przy wyszukiwaniu szafki pod umywalkę, okazało się, że lodówka jest dokładnie po drodze, którą zawsze wracamy do domu. Koszt 170 zł. Prawie darmo. Jak się później okazało w ciągu 2 godzin od wystawienia (18-20) po lodówkę zgłosiło się aż 8 osób. Ja byłam pierwsza, jeśli chodzi o odbiór.

Pomyślałam, że inwestycja 170 zł to niedużo a lodówka przyda się później do mojego biura, choćby po to, żeby schować w niej mleko do kawy etc.

Jak pomyśleliśmy. tak zrobiliśmy.

Przyjeżdżamy pod wskazany adres.

Rafał pakuje lodówkę. Dzieci siedzą w samochodzie. Niestety nie na długo. Po chwili córka wykazuje się sprytem 6 latki, otwiera okno i przez okno od strony zewnętrznej otwiera drzwi, pokonując tym samym blokadę dla dzieci uniemożliwiającą otwarcie przez nich samochodu od wewnątrz. Wybiegają na plan wraz z jej młodszym bratem. My rozmawiamy i rozliczamy się ze sprzedającym. Na placu stoi trampolina. Jakieś 30-40 cm od ziemi. Nie zabezpieczone boki, widoczne druty oraz sprzężny jakoś nie budzą mojego niepokoju. W ogrodzie też przecież mają trampolinę. Nigdy nie było na niej żadnego wypadku. Może dlatego, że tam wszystkie te elementy konstrukcyjne ukryte są pod matą zabezpieczającą. Dotąd zastanawiam się, dlaczego konstrukcja trampoliny nie wzbudziła mojej czujności. Dlaczego jako matka nie przewidziałam następstwa wypadków? Wiecie, mam w głowie jakby ciągle odtwarzany film. Ciągle i ciągle ten sam moment, kiedy dzieci pytaj się właścicielki trampoliny czy mogą poskakać. Ona odpowiada, że tak. Ja nie reaguję. Ciągle i ciągle ten sam moment.

Pewnie już domyślacie się, że wydarzyło się coś złego, prawda?

Niestety miał miejsce makabryczny wypadek, który zmienił wszystko.

Tak też się stało. Ucierpiał mój synek. Nieco cięższa Lusia skoczyła mocno do góry, a synek został wyrzucony w powietrze i wysokości upadł na niezabezpieczoną rurę. Już wiedziałam, że stało się coś strasznego. Wstał, pierwszy szok i zaczął zalewać się krwią. Biegnę, biorę go na ręce. Cała szczęka mu krwawi. Po chwili on i ja jesteśmy cali we krwi. W pośpiechu szukam na ziemi zęba, którego brakuje w buzi. Jestem w szoku. Działam mechanicznie. Jedyne co zdołałam z siebie wydusić to słowa:

Przepraszam, dziś Cię nie uratuję.

W głowie przypomniał mi się wypadek sprzed miesiąca, kiedy wspinając się na Pomnik Sapera, synek również spadł i uderzył się w szczękę. Wtedy skończyło się na krwawiącej wardze. Wtedy mogła mu pomóc. Teraz nie.

Jak najszybciej pojechaliśmy do całodobowego centrum stomatologicznego. W międzyczasie synek zaczął się trząść. Kiedy obmywałam go gorącą wodą on ciągle mówił, że mu zimno.  Najprawdopodobniej był to wynik szoku.

Po konsultacji ze stomatologiem zostaliśmy skierowani do szpitala. Po pierwsze nie ma zęba a ponieważ go nie znalazłam zachodzi prawdopodobieństwo, że ząb wbił się z powrotem do dziąsła. Po drugie dziąsło może nadawać się do szycia. Po trzecie rusza się cała szczęka i być może pękła kość! Byłam przerażona.

Całe szczęście po 2 godzinach stres i szok opuścił synka.  Na SORze zrobiono mu prześwietlenie i okazało się ze kość jest cała. Pierwsza dobra wiadomość. Druga była taka ze na razie nikt go nie będzie zszywał i może iść spać w swoim domu. ufff.  Rano mamy zgłosić się do Centrum Zdrowia Matki i Dziecka na konsultację z dziecięcym chirurgiem szczękowym.

Jak myślicie gdzie jest ząb?

Z impetem wbił się z powrotem do dziąsła.

Coś z tym robimy?

Nic. Sam wyjdzie z powrotem na swoje miejsce.

Kurtyna.

I tak nasza przeprowadzka miała słodko gorzki smak.

Już jest dobrze. Poprzedni tydzień minął mi tak szybko jakby go nie było.

A tak wygląda nasza organizacja bez kuchni. Lodówka to koszt 170 zł a kuchenka dwupalnikowa 140. Za nico ponad 300 zł mamy wyposażenie do naszej letniej kuchni w ogrodzie zimowym.

Wiem, że ogromna praca przed nami. Wiem, że łatwiej mi było się zorganizować i zmobilizować, kiedy dom był tylko marzeniem. Teraz jest rzeczywistością, codziennością, a jednocześnie ciężką pracą. Marzy nam się w końcu wypoczynek w nim. Normalne życie rodzinne, a nie ciągły remont. Wydaje mi się jednak, że jak minie pierwszy szok i ogarnianie codzienności znajdę siłę i determinację na wykończenie kolejnych wnętrz. Już tak nie wiele zostało (w mojej opinii) i „pani, tyle jest tu jeszcze roboty” (w opinii moich fachowców).

Teraz zeka mnie pakowanie całego naszego dobytku w pudła oraz ogromne porządki. Wszystko jest brudne a ja nie nadążam kupować kolejnych środków czystości.

Trzymajcie kciuki kochani. Za to, żaby było już dobrze. Jutro będzie piękny dzień.

Zapraszam:
Udostępnij